Ciąg myślowy
Zegarek – 23:15. Zamrugał wyostrzając obraz swoich – wątpliwej jakości – oczu. Dwadzieścia sześć, siedem, osiem sekund. Nieomal niezrozumiałe. Nie, dosadniej, w ogóle niezrozumiałe. Sfrustrowane mrugnięcie raz jeszcze. Czyżby jakiś zabłąkany paproszek w nieskończonej przestrzeni musiał właśnie znaleźć drogę właśnie do tego oka?! Udaje, że czuje pełen komfort. Obraz się zamazuje by po chwili wyostrzyć się ponownie. Matko, toż to prawie północ – bez kontekstu ni związku. Tymczasem paproszek z determinacją nie zaprzestaje swoich obrzydliwie złośliwych działań. Wola pokonana, oko daje za wygraną, facet z poczuciem nieopisanej porażki (a jednocześnie głębokiej nadziei) podnosi rękę do twarzy (eksponując pająkom grasującym na ścianie swoje obgryzione paznokcie). Gorliwe tarcie dłonią oka pozostawia paproszek bez najmniejszych szans. Nagła myśl trafia go niemal zupełnie pozbawiając przytomności. Wzrok na ułamek sekundy mętnieje, a ów młodzian tonie w niezliczonych tysiącach procesów myślowych – ot, jakby wrzucił do jeziora (Morskiego Oka na ten przykład) sztuczną szczękę (syntetyczną). O ile jednak szczęka nie wykazuje chęci by wrócić na powierzchnię Morskiego Oka (i perfidnie [dla nurków oczyszczających zbiornik] osiada na samym dnie), o tyle świadomość młodziana niemal natychmiast wraca do rzeczywistości, najwyraźniej mocno wyczerpana. Może pragnie zaczerpnąć tchu przed następnym nurkowaniem w oceanie abstrakcji? Tak czy inaczej błyskotliwa refleksja jaśnieje w chwale, młodzian czuje się ponownie częścią świata realnego, zapominając przy tym o zdradliwości paproszków. A pokłosie szczwanego umysłu młodziana przebrzmiewa w przestrzeni myślowej: “Kurde, leci Iron Maiden.” Młodzian słucha (albo udaje) przez króciutką chwilę póki jego uwagi nie przykuwa inny, pełen niezgłębionego żalu dźwięk. Oto za oknem miauczą i popiskują DWA koty. O ile jednak inteligentne spojrzenie nie jest w stanie pokonać ciemności pozaokiennej, o tyle tony ajronów nie napotykając najmniejszego oporu spokojnie i niemal niepostrzeżenie pokonują tą niewielką przestrzeń z jednego otworu usznego do drugiego. O matko, prawie dwunasta – bez związku ni kontekstu. Wyraźnie oczekuje na coś, na coś ważnego. Zdaje się przygotowywać kolejną, równie wyśmienitą myśl. Zegarek – 23:22. Jeden z dziesięciu paznokci, które posiada w (relatywnie) górnych partiach ciała przyciąga jego wzrok niczym pogrzeb starsze panie. Paznokieć jest… intrygujący. To mikrokosmos, dom całych społeczności bakterii. Marszczy powoli brwi jak gdyby ciężka i uciążliwa rzecz w ogromnym mozole wtłaczana była gdzieś między bure komórki faceta. Na jego twarzy maluje się teraz monumentalne skupienie. Tymczasem ajroni kończą swoją popisówę i zapada (prawie) głucha cisza (nie licząc DWÓCH miauczących kotów, brzęczącej w sieci jednego z pająków muchy oraz nierównego bicia organów młodziana). Skupienie przeobraża się. Bez pośpiechu i z pewnym szacunkiem dla konstruktywności i potęgi siły twórczej czasu. Proces zmian trwa i trwa, mija 23:23 i szesnaście, siedemnaście, osiemnaście sekund. Młodzian unosi wzrok na monitor ojca swej ekspresji, w jego oczach odbija się tryumf tak jakby patrzył w oczy swego największego rywala po tym jak okazał się mieć racje. Otwiera i niemal natychmiast zamyka usta, nareszcie wygłaszając swą opinię. W ciszy pokoju przebrzmiewa jedno słowo. “Pitolenie.” Koty milkną.
Mekka starań cz. 1
Jest sobotni wieczór. Lepkie nocne powietrze wpada do mojego dusznego pokoju ziębiąc moją prawą rękę. Rozcieram ją raz po raz łudząc się, że przestanie być zimna. Jakby się głębiej zastanowić wystarczyłoby po prostu zamknąć to cholerne okno. Moja ręką (a co za tym idzie ja sam) nie cierpiałaby wtedy ni trochę – nie miałbym za to nad czym się rozwodzić, a raczej miałbym, ale prawdopodobnie nie byłoby to na tyle absorbujące, wwiercające się i frapujące. Nie wspominając o silnej deprymacji, którą chwilowo (albo i nie chwilowo) odczuwam. Palce mi sztywnieją, chyba nadeszła ta chwila – czas zamknąć okno i dalej dusić się w tym chorobliwym miejscu.
A właśnie, chorobliwa duchota. Kiedy wychodzę z własnego pokoju po dłuższym czasie nicnierobienia lub nierobienianiczegokonstruktywnego tudzież bezzasadnegoanalizowaniamechanizmówwszechświata – kiedy wychodzę z pokoju i po chwili do niego wracam czuję w nim coś… obrzydliwie ociężałego. Coś jakby skondensowaną, zmaterializowaną apatię. Czy to nie dziwne? Czuć wtedy całą, wszechogarniającą nudę, jaką w swej szarości, w całym swym rozcieńczeniu i immanentnym wyobcowaniu potrafię z siebie wydestylować. Wtedy wystarczy pociągnąć nosem by powrócić do otępiającego stanu beznadziei i patologicznej pseudo-demencji. Co ciekawe – kiedy tak spędzam godziny w tym ciasnym pokoiku zagłębiając się w tym co nierealne, zagłębiając się we własnych rojeniach – wtedy to zupełnie nie odczuwam wiszącej tutaj atmosfery duszności i nienaturalności, prawdę powiedziawszy jestem w stanie stwierdzić, że tylko w tym miejscu moje myśli osiągają pułap chimery, na którym to zresztą pozbywam się rzeczywistych trosk (jakich znowu trosk Ty pasożytniczy faryzeuszu?). Traktuję ten pokój jako własne odzwierciedlenie, jako moje odbicie – nie przepadam za nim (mówiąc ostrożnie), a jednocześnie nie mogę na nie nie spojrzeć, gdy przechadzam się obok lustra. Wpaść w gnuśny, letargiczny trans naprawdę nietrudno. Zdaje się nawet, że w tej chwili w takowy wpadłem. Uwielbiam to, tylko wtedy jestem w stanie drążyć ontologiczne tajemnice rzeczywistości. To głęboki paradoks, że właśnie w udzielnej abstrakcji potrafię dążyć do meritum bytowania, do mekki starań, do zarzewia prawdy. To wszystko brzmi obrzydliwie patetycznie i zupełnie zniechęcająco. Ale czy i to nie jest paradoksem? Gdy dążność do prawd wydaje się nazbyt patetyczna, czy wtedy przypadkiem nie jest łatwiej zwrócić się w stronę gotowych, schematycznych półprawd? Nie, to nie paradoks tylko lenistwo. To jak z jedzeniem: łatwiej kupić gotowe, ale niezdrowe w McDonaldzie niż zrobić coś do jedzenia samemu (szczególnie, jeśli wymaga to jakiegoś wysiłku). Osiągnięcie pułapu myśli w przypadku człowieka jest wręcz niespotykane, dlatego też cenię monotonię. Bo nuda i splin służą rozwojowi i intensyfikacji przyszłych działań i pokłosia myśli. Stymulują umysł do walki i zmysły do działania.
Pociągam nosem, bo przed chwilą wyszedłem na moment z pokoju. To samo: demencja zamknięta w czterech ścianach. Intensywność tego wrażenia jest oczywista (oczywista oczywistość <rzyga>) i rozpoznawalna jedynie dla mnie, co raczej nie powinno dziwić. Zastanawiam się jednak czy jestem w stanie zostawić po sobie ślad inny niż ta czarna chandra. Nie uważam siebie za pesymistę, choć optymizm kojarzy mi się z naiwności i nieszczególną umiejętnością przeczenia. Pocieszanie siebie samego, zaprzeczanie i świadome wykluczanie ewidentnych możliwości jest przewidywalne. W gruncie rzeczy tak optymista jak i pesymista są równie przewidywalni i rażąco, bezpodstawnie pewni swojego. To siła rojeń i marzeń (tudzież koszmarów) – potencjał ludzkiego ducha, głęboko uzależnionego od jakości podniet. Bo to w końcu tylko one wraz z nabytymi skłonnościami aktywizują i determinują ludzkie przepowiednie (to taka subiektywna, zależna ekstrapolacja), a co za tym idzie oczekiwania.
[...]