Zdanie

grudzień 5, 2008 at 10:33 pm (Kategoria przypadku)

Kiedyś, dawno temu chciałem mieć karygodne zdanie. Antymoda narzucała lekceważący indywidualizm. Czemu jej uległem? Przecież nie ma nic bardziej odrażającego nad społeczny przymus, presje nakazującą wyłamanie się z gombrowiczowskiej formy przy pomocy negacji i buntu dla buntu miast dla ideału (czyli jedynego dopuszczalnego sposobu walki mięsem). Presja ta u samych podstaw jest zepsuta z powodu swojego destruktywnego ciężaru, nawet jeśli służy szlachetnej idei deptania szarych szeregów ludzkich (czy też: mrowia niegodziwych wrogów mych miałkich?). Uległość wobec mody jest tym samym co uległość wobec antymody, słabością woli i symptomem nademocjonalnym, a przez to zupełnie niepotrzebnym. Pewna skandaliczność i karygodność (będące składnikami odmienności i indywidualizmu) na fundamencie „bycia odmiennym za wszelką cenę” dewaluują wartość tychże wkładając je w ramy powszechności – z powodu powszechnego głodu bycia odmiennym-lepszym chęć bycia odmiennym jest de facto czynem sprawiającym, że jest się nieodróżnialnym. Inność powinna być budowana na pobudkach niejawnie ku niej dążących tak samo jak głupota: głupcy zwykle nie zostają nimi tylko dlatego, że chcą, a wręcz jest nie do pomyślenia by głupiec z pełną świadomością dążył ku głupocie. Tożsamo indywidualista: czyni inaczej ponad pragnieniem odmienności, robi tak bo to jest w jego naturze.

Hej, czemu jej uległem?

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

Jake Unit i Crowd

marzec 13, 2008 at 10:40 pm (Kategoria przypadku)

Długie nogi Jake’a niosły go żwawo zatłoczonymi uliczkami miasta. Kolorowe, oślepiające neony odbijały się w jego wielkich, zwykle przumrużonych żółto-zielonych oczach – teraz patrzących gdzieś w dal w taki sposób, że postronny mógłby podejrzewać Jake’a o ślepotę. Wielobarwne, ozdobione setką frędzelków, pasków i kieszeni ubranie wisiało na nim jak włosiennica na skazańcu albo worek na wróblowym strachu czyniąc z Jake’a prototyp dziwoląga, tryskające źródło ekscentryzmu. Jego wytatuowana łysina, przypominająca w tym świetle fluorescencyjny grzyb wystawała ponad towarzyszem Jake’a na dobre dwie dłonie. Uśmiechał się przyjaźnie ukazując szereg złotych zębów i nadając sobie przez to dość diaboliczny, ale – co dziwne – nadal życzliwy wygląd.
Crowd zaś krążył, falował i gaworzył wokół Jake’a sennie, nie zwracając na siebie uwagi swojego oryginalnego druha, który – zajęty patrzeniem i żwawym krokiem – zdawał się nie przyjmować do siebie jego obecności. Byli zupełnie sami, ramię w ramię, tłocząc i przepychając się pustymi uliczkami we dwóch: Jake wyraźnie zmierzał przed siebie, Crowd zaś to śpieszył z nim, to skradał się w przeciwną stronę, to kulał w poprzek, to biegł obok, niezdecydowany i nieokreślony. Miejscami było im ciasno i Jake musiał ustępować Crowd’owi by nie uderzyć prosto w niego. Niejednokrotnie jednak ani jeden, ani drugi nie mogli uniknąć drobnego zderzenia, wtedy to wymieniali zaledwie nerwowe uśmiechy, próbując wybąkać przeprosiny lub cedzili klątwy popatrując przy tym gniewnie, jeden na drugiego.
Jake zatrzymał się wreszcie przed budynkiem, drzwiami, szyldem głoszącym “Knajpa”. Crowd mimo osłabienia wymuszonego coraz późniejszą godziną nocną szedł dalej, teraz już niemal bezbłędnie omijając stojącego Jake’a. Wydawał się nieco otumaniony, rzedł z każdą chwilą. Jeszcze tylko gdy drzwi z szyldem “Obiekt zabytkowy, godziny otwarcia: ranek – późne godziny nocne” otwarły się po raz ostatni tej nocy Crowd jakby obudzony na mgnienie oka nabrał trochę życia ruszając energicznie w prawolewo. Nie ruszył za Jake’iem gdy ten przeszedł przez drzwi z szyldem głoszącym “Knajpa”, pomimo tego jednak (co wyraźnie zaskoczyło Jake’a) znaleźli się za drzwiami we dwóch. Jake zasiadł przy jednym z dwóch wolnych krzeseł stojących przy jedynym wolnym stoliku. Drzwi otwarły się ponownie a Crowd w oczach Jake’a nabrał ciała – musiał zająć ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku :
- Czy można? – spytał Crowd wskazując na ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku. Jake uśmiechnął się serdecznie błysnąwszy złotem.
- Ależ proszę uprzejmież. Toż ci pytać nawet nie trza. Trza się godzić polubownie, siadajże człeku. – skinął długą, wytatuowaną dłonią na ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku. Crowd zajął ostatnie wolne krzesło, stolik został zajęty – Jak ci?
- Crowd.
- A to ci… dopiero. Jak ulał pasuje do cię. Pewnie każdy tako ci rzecze co i ja, co? – stuknął palcami w stolik wyraźnie wesół. Zapalił papierosa.
- Nie znam nikogo innego.
- Jażem Jake Unit. A jużci: znasz. Palisz? – Jake wyciągnął pudełko papierosów w stronę Crowda. Wyraz jego twarzy sugerował jednak, że wolałby się szlugami nie dzielić.
- Ja tylko wdycham i cierpię. Ty odpowiadasz za palenie.
- O, to ja się cieszę, bo moje szlugi nie lubią obcych. – pogłaskał żartobliwie papierosy, mruknął do siebie coś niezrozumiałego, spojrzał wreszcie na Crowda i zdziwił się – Czemuś szary, koleś?
- Jestem kolorowy, Jake. Przyjrzyj się.
Jake zbliżył swoją łysą głowę do Crowda. Zmrużył oczy i rzeczywiście dostrzegł barwy.
- Uau. Się zlewają, dlatego szarość. Trza się mocno przypatrzyć żeby wypatrzyć.
Zamilkli.
- Coppole znasz?
- Nie.
Cisza.
- A Rachmaninova?
- Nie.
- Hume’a?
- Nie.
Cisza.
- Kup mi drinka.
- Jasne – Crowd nie wstając z krzesła spełnił życzenie Jake’a.
- I browca.
Crowd bez szemrania wykonał polecenie. Jake wyraźnie się zdenerwował.
- Kurwa, nudnyś, przewidywalnyś, nieoryginalnyś, szaryś, wszechogarniającoś głupi i robisz co Ci każe zdziwaczały nieznajomy. Zejdź mi z oczu! – wykrzyknął opluwając Crowda i przechylił kufel z piwem by się napić.
- A Ty nie żyjesz.
- C… co? – piwo pociekło po brodzie Jake’a.
- Nie żyjesz, Jake.
- Dlaczego?
- Bo myślisz jak ja – zatrzymał się – Puf.
Jake Unit zniknął. Pozostał tylko Crowd.

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

Egzystencjalny niepokój (zainspirowane)

grudzień 13, 2007 at 12:07 am (Kategoria przypadku)

Niepokój wprowadza dyskomfort i dokucza samą swoją niepożądaną obecnością. Egzystencjalny niepokój zaś to uczucie znane z pewnością nie każdemu. To niepewność istnienia, wewnętrzne zwątpienie w siłę własnego żywota. Kiedy strach przenika najciemniejsze zakamarki umysłu każąc zastanowić się nad jakością bytowania. Kiedy niemal wszystkie potrzeby duszy (tudzież psyche) odchodzą w zapomnienie pozostawiając tylko nieokreślone poczucie osamotnienia. Moc drzemiąca w ciele zasypia lub nawet zanika, jak po ciężkim wysiłku fizycznym. Wstręt do otaczającej rzeczywistości nabrzmiewa i puchnie jak wrzód, toczy umysł i ciało jak ciężka choroba. Wszystko co ważne przestaje mieć jakąkolwiek wartość, perspektywa przeobraża się nabierając monochromatyzmu, popędy parują i osiadają gdzieś poza świadomością, poza postaciowością – potem wszystko zastyga. Bodźce tracą swoją wcześniejszą formę, przekształcają się w efemerydy rozwiewające się w niebycie niemal natychmiast. Uwaga skupia się na nieokreślonym, realność krzepnie utraciwszy kolory i dynamizm. Z tego wszystkiego zaś wyrasta niepewność pewności – poczucie bezsensu przyozdobione tragicznym wahaniem, irracjonalnym wahaniem o przyszłość. To zupełnie niedorzeczne uczucie – nie do uargumentowania, bez znanego podłoża i bezpośredniej przyczyny.

Egzystencjalny niepokój jest najbardziej nieprzewidywalnym odchyleniem we fluktuacji nastroju. Czymś co wydaje się nadrealne i pochodzące z niepoznawalnego. To oczywiście ułuda, bo w gruncie rzeczy wszystko jest uzasadnialne, także to. Ów niepokój zdaje się być przejawem zrozumienia albo chociaż przyjęcia do wiadomości złożoności świata. To także symptom uchwycenia własnej małości i nieistotności. W obliczu ogromnej przestrzeni wszechświata drobniutka molekuła jaką jest człowiek ma prawo czuć się niezauważalna i samotna. Niepokój jawi się zatem jako naturalna reakcja jednostek sięgających wzrokiem dużo dalej, jednostek będących świadomymi nieskończoności.

Czy to nie przypadkiem moja doskonała umiejętność przekształcania wrażeń, myśli i czynów, które są moim udziałem w coś co w jakiś sposób mogłoby mnie podbudowywać? A może to rzeczywista konkluzja – tenże stan psychiczny jest prawdziwym przejawem wrażliwości – bez wpływu na nią przekonania (z pewnością zawyżonego) o własnej wartości? Te pytania pozostają bez odpowiedzi z oczywistych względów. Oby niepokój siał spustoszenie w Waszych umysłach – to znak, że coś w nich macie.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

W duszy krytycznej

listopad 27, 2007 at 10:18 pm (Kategoria przypadku)

Co to jest dusza? Czy dusza jest autonomiczną dewizą czynu? Czy jest właściwą manifestacją bytu? A może dusza to inkarnacja samej woli? Skondensowane prawidło – coś jak metafizyczny wyraz chcenia, pragnienia i pożądania – niezależny jednak zupełnie od tęsknot cielesności. Dusza jest niematerialną dyspozycją, niematerialną – a zatem niedostępną władzom empirii. Jakże, przeto można wnosić by poznanie duszy, by argumentowanie o jej realności wyprowadzać z samego doświadczenia? Skąd tedy pojęcie duszy w umyśle człowieka, jeśli nie z sądów aposteriorycznych? Naturalizm powiada, że dusza jest ogółem psychicznych właściwości – definicja ta jednak jest sprzeczna z omawianym pojęciem, bo przedstawia duszę jako podległą właściwość ciała, co bezsprzecznie jest sądem opartym na doświadczeniu – pytam natomiast: gdzie narodziło się metafizyczne pojęcie duszy jako niematerialnej esencji bytu, jako inkarnacji woli? Czyż zatem nie powinno się przyjąć, że pojęcie duszy jest integralnym elementem wiedzy natywistycznej, wiedzy przyrodzonej? A może owo pojęcie jest rezultatem wnioskowania dyskursywnego – czysto rozumowego, opartego wyłącznie na właściwościach wrodzonych?
Szczerze – po co przypisywać jakikolwiek sens duszy ludzkiej? Racjonalny pragmatyzm nakazuje by odrzucić wszelkie ontologiczne zawiłości i scholastyczne subtelności, które w istocie nie powinny być przedmiotem rozważań, jeśli nie prowadzi to do żadnych doniosłych nauk. Czy badanie ontologicznej struktury pojęcia duszy ma jakiekolwiek realne skutki? Całkowite zaprzeczenie mogłoby być cokolwiek nieostrożne, natomiast przewidywania nakazują zarzucić tego rodzaju metafizycznych podróży w imię krytycznego podejścia do rzeczywistego wpływu znaczenia duszy na życie człowieka. Najważniejsza i jedyna zasada ontologiczna (jakkolwiek brzmiałoby to oksymoronicznie – metafizyka i zasady?) „brzytwa Ockhama” powiada, opierając się przede wszystkim na wrodzonej właściwości ludzkiej – rozumie praktycznym: nie twórz bytów ponad potrzebę. Jak jednak nazwać nadawanie duszy autonomicznych właściwości, atrybutów samostanowienia i przede wszystkim woli? Czy nie jest to tak naprawdę tworzenie bytu ponad potrzebę – nadawanie przymiotom (bo dusza jest przymiotem) cech właściwych integralnej całości jaką jest człowiek?
W świetle powyższego naturalistyczne pojmowanie duszy wydaje się być jedynym właściwym, a metafizyczne podróże wydają się zupełnie nieuzasadnione. Jakość zmysłowa ma zatem w tym wypadku większą wartość. Za co ładnie podziękuję własnemu rozumowi. Trzy-czte-ry: DZIĘ-KU-JĘ!

Bezpośredni odnośnik 12 komentarzy

Mekka starań cz. 3

listopad 13, 2007 at 10:16 pm (Kategoria przypadku)

Mekki starań ciąg dalszy. Wypadałoby jednak wreszcie zastanowić się nad tym, gdzie jest ów cel mojej refleksyjnej peregrynacji (ach, jak to dobrze dać w słowie pisanym upust swojej żądzy wypowiadania trudnych słów). No właśnie, jak to jest z tą celowością? Czy to właśnie ona determinuje formę wędrówki czy też na odwrót – wędrówka jest wyrazem celowości? Wędrówka, a zatem wnikliwa refleksja, podróż przez chaotyczne odmęty umysłu jest immanentna naturze ludzkiej i jest gniazdem, w którym wykluwają się wszelkie akty woli, zatem wędrówka to środek i jednocześnie cel sam w sobie. Jako środek i czynnik sprawczy jest procesem podejmowania decyzji, w których zasadniczym kryterium jest jakość efektów, tedy wydaje się oczywistym, że im głębsza analiza/refleksja/namysł tym bardziej zadowalający skutek. Co prawda w teorii wygląda to nazbyt prosto i łatwo – bo po prostu nie rozpatrujemy istotnych (czasami wręcz niezbędnych do podjęcia decyzji) przymiotów podmiotu z racji zupełnego braku związku z tematem. Najważniejszy wniosek: podejmowanie refleksji jest głównym narzędziem rozstrzygania, a co za tym idzie: jest nieodzownym środkiem do celu (jakim niewątpliwie jest „przynosząca zamierzone efekty decyzja”). Czy jednak w tym wypadku można mówić o zadumie jako dążeniu do konkretnego celu? Czy raczej nie jest to coś na kształt myślenia dla samego myślenia? Gdyby ktokolwiek spytał mnie czy lubię myśleć niewątpliwie otrzymałby odpowiedź twierdzącą, choć zdaje się, że i ja posiadam naturalną zdolność unikania pewnych kwestii (czy nie powinienem się właśnie uczyć?) – to bardzo pospolite, że w odpowiedzi na bardzo ogólnikowe pytanie nie potrafimy wyzwolić się z okowów konkretów i na odwrót – pytanie o konkrety zwykle owocuje ogólnikową odpowiedzią. Ja także mówiąc, że lubię się zastanawiać mam na myśli nie tyle to, że sam proces myślenia sprawia mi pewną przyjemność, ale to, że proces myślenia O PEWNYCH kwestiach rodzi niewątpliwą satysfakcje. Już samo to wystarczy żeby zajmować się tym jakże ambitnym i kreatywnym zajęciem. Wobec tego trzeba przyznać, że w moim przypadku owa refleksja jest celem samym w sobie, jest zjawiskiem niezależnym i niepodległym wobec oczekiwań – błąd, owa wędrówka sama jest oczekiwaniem, zamiarem i jednocześnie sposobem osiągnięcia tego zamierzenia. Przeto tytuł tych kilku wywodów wydaje się być już zupełnie klarowny. Wcześniej wyjaśniając znaczenie tych dwóch słów: „Mekka starań” powiedziałem, że ten tekst jest celem moich dążeń, co tylko pośrednio wydaje się prawdą. Ten tekst to tak naprawdę tylko dokumentacja kilku uchwyconych myśli, a zatem namacalnych efektów mojego celu. Warto byłoby zapytać, czy jednak właśnie te myśli, owoce starania nie są prawidłowym, przyświecającym mi celem. Odpowiedź brzmi: nie. Boć przecież powinnością każdej istoty ludzkiej nie jest gloryfikacja efektów, bo wydaje się to niesprawiedliwością, nie wspominając o powstającym pytaniu – czy stawianie efektu starań ponad trudem starań jest właściwie? – powinnością człowieka jest przede wszystkim swoista pochwała dążności, wobec tego: wartościowanie intencji, a nie skutków dążeń.

Z otchłani umysłu… wieczny zachwyt.

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Mekka starań cz. 2

listopad 10, 2007 at 11:35 pm (Kategoria przypadku)

Już prawie północ. Zmęczenie powoli wydziera większość mojego potencjału, choć zdaje się, że wytrzymam sam ze sobą jeszcze parę godzin – zanim pójdę spać i zanurzę się głęboko w niezrozumiały ciąg marzeń sennych. Jest noc, kojący mrok za oknem pochłania krajobraz wysysając z niego połowę odmienności – kolor. Zasłaniam żaluzję w pokoju, zapalam lampkę – owa prosta z pozoru czynność to w rzeczywistości jednak skomplikowany ciąg działań – popsuł się przełącznik. Myślę sobie z ironią jakie to wszystko jest małostkowe.

Próba wejścia w trans poznawczy – jak zwykłem nazywać ten fascynujący stan ducha, kiedy to człowiek zagłębia się w refleksji izolując się od świata rzeczywistego – nie nadchodzi, co jest źródłem mojej głębokiej frustracji. Wygląda na to, że wnikliwa analiza mechanizmów wszechświata (a zatem stan tzw. bezzasadnegoanalizowaniamechanizówwszechświata) odszedł w zapomnienie, bez skrupułów pozostawiając mnie samego. To niesprawiedliwe, że muszę zmagać się z cholernymi dysonansami pragnień i możliwości. Co więcej – to głupie, że taka myśl w ogóle powstała w mojej najwyraźniej pustej czaszce. Przecież to takie oczywiste (jak ja nienawidzę tego słowa): gdyby pragnienia odpowiadały możliwościom, gdyby „chcieć” znaczyło „móc” albo co gorsza „uczynić” to prawdopodobnie w ciągu tych kilku lat, które aktualnie posiadam zakończyłbym żywota wiele, wiele razy. A to, że śmiałem przelać tą myśl na klawiaturę – jak się dłużej zastanowić – też jest niedorzeczne.

Mekka starań – co to ma znaczyć? To banalnie proste. Mekka, czyli cel, obiekt dążeń, zamiar etc etc. Ten tekst jest Mekką moich starań. Jest celem i wyrazem moich myśli. Niewyszukane: zbieram żniwo szarych komórek żeby się nie zmarnowało. Bądź co bądź byłbym jeszcze większym faryzeuszem gdybym zaprzeczył w jakikolwiek sposób temu, że wszystko co tutaj piszę w rzeczywistości jest bez znaczenia. Nie, to nieprawda, choć skromność nakazywałaby przyznanie się do słabości i ułomności tegoż żniwa. W istocie to myślę, z pewną satysfakcją nawet, że przynajmniej część tego społeczeństwa nie miałaby pojęcia co ja tutaj piszę. Czemu z satysfakcją? Bo lubię być niezrozumiały – to dla mnie dowód na to, że nigdzie nie przynależę, że mój indywidualizm jest niezagrożony i nadal zupełnie autonomiczny (tzn. że nadal jest indywidualizmem a nie jedynie ułudą). To także duma, jestem dumny z bycia indywidualistą, bo to dla mnie dowód na to, że jestem budulcem, a być może nawet twórcą – nawet jeśli w destrukcyjny sposób. W końcu to nie grupy i społeczności tworzą cokolwiek – jedynie jednostki tworzą, czyż jest do pomyślenia żeby jakaś idea wywodziła się ze społeczności, a nie z konkretnego umysłu? Jednostka jest najważniejszym budulcem, cegłą współczesnego świata, jednostka wybitna zaś jest murarzem, konstruktorem. Mekką moich indywidualnych starań jest zostanie konstruktorem, jednostką wybitną, idealistycznym demiurgiem, pośmiertną siłą twórczą. Chce osiągnąć coś co zaspokoi wszelkie pragnienia i przemieni frustracje w ukojenie. Coś czego istotą będzie satysfakcjonująca refleksja a wyrazem sycące słowo. Ambicja źródłem twórczego pędu. I destrukcji.
[…]

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Mekka starań cz. 1

listopad 10, 2007 at 8:56 pm (Kategoria przypadku)

Jest sobotni wieczór. Lepkie nocne powietrze wpada do mojego dusznego pokoju ziębiąc moją prawą rękę. Rozcieram ją raz po raz łudząc się, że przestanie być zimna. Jakby się głębiej zastanowić wystarczyłoby po prostu zamknąć to cholerne okno. Moja ręką (a co za tym idzie ja sam) nie cierpiałaby wtedy ni trochę – nie miałbym za to nad czym się rozwodzić, a raczej miałbym, ale prawdopodobnie nie byłoby to na tyle absorbujące, wwiercające się i frapujące. Nie wspominając o silnej deprymacji, którą chwilowo (albo i nie chwilowo) odczuwam. Palce mi sztywnieją, chyba nadeszła ta chwila – czas zamknąć okno i dalej dusić się w tym chorobliwym miejscu.

A właśnie, chorobliwa duchota. Kiedy wychodzę z własnego pokoju po dłuższym czasie nicnierobienia lub nierobienianiczegokonstruktywnego tudzież bezzasadnegoanalizowaniamechanizmówwszechświata – kiedy wychodzę z pokoju i po chwili do niego wracam czuję w nim coś… obrzydliwie ociężałego. Coś jakby skondensowaną, zmaterializowaną apatię. Czy to nie dziwne? Czuć wtedy całą, wszechogarniającą nudę, jaką w swej szarości, w całym swym rozcieńczeniu i immanentnym wyobcowaniu potrafię z siebie wydestylować. Wtedy wystarczy pociągnąć nosem by powrócić do otępiającego stanu beznadziei i patologicznej pseudo-demencji. Co ciekawe – kiedy tak spędzam godziny w tym ciasnym pokoiku zagłębiając się w tym co nierealne, zagłębiając się we własnych rojeniach – wtedy to zupełnie nie odczuwam wiszącej tutaj atmosfery duszności i nienaturalności, prawdę powiedziawszy jestem w stanie stwierdzić, że tylko w tym miejscu moje myśli osiągają pułap chimery, na którym to zresztą pozbywam się rzeczywistych trosk (jakich znowu trosk Ty pasożytniczy faryzeuszu?). Traktuję ten pokój jako własne odzwierciedlenie, jako moje odbicie – nie przepadam za nim (mówiąc ostrożnie), a jednocześnie nie mogę na nie nie spojrzeć, gdy przechadzam się obok lustra. Wpaść w gnuśny, letargiczny trans naprawdę nietrudno. Zdaje się nawet, że w tej chwili w takowy wpadłem. Uwielbiam to, tylko wtedy jestem w stanie drążyć ontologiczne tajemnice rzeczywistości. To głęboki paradoks, że właśnie w udzielnej abstrakcji potrafię dążyć do meritum bytowania, do mekki starań, do zarzewia prawdy. To wszystko brzmi obrzydliwie patetycznie i zupełnie zniechęcająco. Ale czy i to nie jest paradoksem? Gdy dążność do prawd wydaje się nazbyt patetyczna, czy wtedy przypadkiem nie jest łatwiej zwrócić się w stronę gotowych, schematycznych półprawd? Nie, to nie paradoks tylko lenistwo. To jak z jedzeniem: łatwiej kupić gotowe, ale niezdrowe w McDonaldzie niż zrobić coś do jedzenia samemu (szczególnie, jeśli wymaga to jakiegoś wysiłku). Osiągnięcie pułapu myśli w przypadku człowieka jest wręcz niespotykane, dlatego też cenię monotonię. Bo nuda i splin służą rozwojowi i intensyfikacji przyszłych działań i pokłosia myśli. Stymulują umysł do walki i zmysły do działania.

Pociągam nosem, bo przed chwilą wyszedłem na moment z pokoju. To samo: demencja zamknięta w czterech ścianach. Intensywność tego wrażenia jest oczywista (oczywista oczywistość <rzyga>) i rozpoznawalna jedynie dla mnie, co raczej nie powinno dziwić. Zastanawiam się jednak czy jestem w stanie zostawić po sobie ślad inny niż ta czarna chandra. Nie uważam siebie za pesymistę, choć optymizm kojarzy mi się z naiwności i nieszczególną umiejętnością przeczenia. Pocieszanie siebie samego, zaprzeczanie i świadome wykluczanie ewidentnych możliwości jest przewidywalne. W gruncie rzeczy tak optymista jak i pesymista są równie przewidywalni i rażąco, bezpodstawnie pewni swojego. To siła rojeń i marzeń (tudzież koszmarów) – potencjał ludzkiego ducha, głęboko uzależnionego od jakości podniet. Bo to w końcu tylko one wraz z nabytymi skłonnościami aktywizują i determinują ludzkie przepowiednie (to taka subiektywna, zależna ekstrapolacja), a co za tym idzie oczekiwania.
[...]

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz