Jake Unit i Crowd

marzec 13, 2008 at 10:40 pm (Kategoria przypadku)

Długie nogi Jake’a niosły go żwawo zatłoczonymi uliczkami miasta. Kolorowe, oślepiające neony odbijały się w jego wielkich, zwykle przumrużonych żółto-zielonych oczach – teraz patrzących gdzieś w dal w taki sposób, że postronny mógłby podejrzewać Jake’a o ślepotę. Wielobarwne, ozdobione setką frędzelków, pasków i kieszeni ubranie wisiało na nim jak włosiennica na skazańcu albo worek na wróblowym strachu czyniąc z Jake’a prototyp dziwoląga, tryskające źródło ekscentryzmu. Jego wytatuowana łysina, przypominająca w tym świetle fluorescencyjny grzyb wystawała ponad towarzyszem Jake’a na dobre dwie dłonie. Uśmiechał się przyjaźnie ukazując szereg złotych zębów i nadając sobie przez to dość diaboliczny, ale – co dziwne – nadal życzliwy wygląd.
Crowd zaś krążył, falował i gaworzył wokół Jake’a sennie, nie zwracając na siebie uwagi swojego oryginalnego druha, który – zajęty patrzeniem i żwawym krokiem – zdawał się nie przyjmować do siebie jego obecności. Byli zupełnie sami, ramię w ramię, tłocząc i przepychając się pustymi uliczkami we dwóch: Jake wyraźnie zmierzał przed siebie, Crowd zaś to śpieszył z nim, to skradał się w przeciwną stronę, to kulał w poprzek, to biegł obok, niezdecydowany i nieokreślony. Miejscami było im ciasno i Jake musiał ustępować Crowd’owi by nie uderzyć prosto w niego. Niejednokrotnie jednak ani jeden, ani drugi nie mogli uniknąć drobnego zderzenia, wtedy to wymieniali zaledwie nerwowe uśmiechy, próbując wybąkać przeprosiny lub cedzili klątwy popatrując przy tym gniewnie, jeden na drugiego.
Jake zatrzymał się wreszcie przed budynkiem, drzwiami, szyldem głoszącym “Knajpa”. Crowd mimo osłabienia wymuszonego coraz późniejszą godziną nocną szedł dalej, teraz już niemal bezbłędnie omijając stojącego Jake’a. Wydawał się nieco otumaniony, rzedł z każdą chwilą. Jeszcze tylko gdy drzwi z szyldem “Obiekt zabytkowy, godziny otwarcia: ranek – późne godziny nocne” otwarły się po raz ostatni tej nocy Crowd jakby obudzony na mgnienie oka nabrał trochę życia ruszając energicznie w prawolewo. Nie ruszył za Jake’iem gdy ten przeszedł przez drzwi z szyldem głoszącym “Knajpa”, pomimo tego jednak (co wyraźnie zaskoczyło Jake’a) znaleźli się za drzwiami we dwóch. Jake zasiadł przy jednym z dwóch wolnych krzeseł stojących przy jedynym wolnym stoliku. Drzwi otwarły się ponownie a Crowd w oczach Jake’a nabrał ciała – musiał zająć ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku :
- Czy można? – spytał Crowd wskazując na ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku. Jake uśmiechnął się serdecznie błysnąwszy złotem.
- Ależ proszę uprzejmież. Toż ci pytać nawet nie trza. Trza się godzić polubownie, siadajże człeku. – skinął długą, wytatuowaną dłonią na ostatnie wolne krzesło przy jedynym niezajętym całkowicie stoliku. Crowd zajął ostatnie wolne krzesło, stolik został zajęty – Jak ci?
- Crowd.
- A to ci… dopiero. Jak ulał pasuje do cię. Pewnie każdy tako ci rzecze co i ja, co? – stuknął palcami w stolik wyraźnie wesół. Zapalił papierosa.
- Nie znam nikogo innego.
- Jażem Jake Unit. A jużci: znasz. Palisz? – Jake wyciągnął pudełko papierosów w stronę Crowda. Wyraz jego twarzy sugerował jednak, że wolałby się szlugami nie dzielić.
- Ja tylko wdycham i cierpię. Ty odpowiadasz za palenie.
- O, to ja się cieszę, bo moje szlugi nie lubią obcych. – pogłaskał żartobliwie papierosy, mruknął do siebie coś niezrozumiałego, spojrzał wreszcie na Crowda i zdziwił się – Czemuś szary, koleś?
- Jestem kolorowy, Jake. Przyjrzyj się.
Jake zbliżył swoją łysą głowę do Crowda. Zmrużył oczy i rzeczywiście dostrzegł barwy.
- Uau. Się zlewają, dlatego szarość. Trza się mocno przypatrzyć żeby wypatrzyć.
Zamilkli.
- Coppole znasz?
- Nie.
Cisza.
- A Rachmaninova?
- Nie.
- Hume’a?
- Nie.
Cisza.
- Kup mi drinka.
- Jasne – Crowd nie wstając z krzesła spełnił życzenie Jake’a.
- I browca.
Crowd bez szemrania wykonał polecenie. Jake wyraźnie się zdenerwował.
- Kurwa, nudnyś, przewidywalnyś, nieoryginalnyś, szaryś, wszechogarniającoś głupi i robisz co Ci każe zdziwaczały nieznajomy. Zejdź mi z oczu! – wykrzyknął opluwając Crowda i przechylił kufel z piwem by się napić.
- A Ty nie żyjesz.
- C… co? – piwo pociekło po brodzie Jake’a.
- Nie żyjesz, Jake.
- Dlaczego?
- Bo myślisz jak ja – zatrzymał się – Puf.
Jake Unit zniknął. Pozostał tylko Crowd.

3 komentarzy

  1. cutebellatrix powiedział

    Stylistycznie – plus.
    A co do treści… Więc… Symbole jednostki i tłumu? Jedna, wielka prawda o nich. Świetne imiona ;p

  2. Anomandaris powiedział

    Nieodłączni.

  3. fkszczepanik powiedział

    to jest naprawdę dobre! bo gdy Unit myśli tak jak Crowd, to już nie ma Unita, w istocie!

Napisz komentarz