W duszy krytycznej
Co to jest dusza? Czy dusza jest autonomiczną dewizą czynu? Czy jest właściwą manifestacją bytu? A może dusza to inkarnacja samej woli? Skondensowane prawidło – coś jak metafizyczny wyraz chcenia, pragnienia i pożądania – niezależny jednak zupełnie od tęsknot cielesności. Dusza jest niematerialną dyspozycją, niematerialną – a zatem niedostępną władzom empirii. Jakże, przeto można wnosić by poznanie duszy, by argumentowanie o jej realności wyprowadzać z samego doświadczenia? Skąd tedy pojęcie duszy w umyśle człowieka, jeśli nie z sądów aposteriorycznych? Naturalizm powiada, że dusza jest ogółem psychicznych właściwości – definicja ta jednak jest sprzeczna z omawianym pojęciem, bo przedstawia duszę jako podległą właściwość ciała, co bezsprzecznie jest sądem opartym na doświadczeniu – pytam natomiast: gdzie narodziło się metafizyczne pojęcie duszy jako niematerialnej esencji bytu, jako inkarnacji woli? Czyż zatem nie powinno się przyjąć, że pojęcie duszy jest integralnym elementem wiedzy natywistycznej, wiedzy przyrodzonej? A może owo pojęcie jest rezultatem wnioskowania dyskursywnego – czysto rozumowego, opartego wyłącznie na właściwościach wrodzonych?
Szczerze – po co przypisywać jakikolwiek sens duszy ludzkiej? Racjonalny pragmatyzm nakazuje by odrzucić wszelkie ontologiczne zawiłości i scholastyczne subtelności, które w istocie nie powinny być przedmiotem rozważań, jeśli nie prowadzi to do żadnych doniosłych nauk. Czy badanie ontologicznej struktury pojęcia duszy ma jakiekolwiek realne skutki? Całkowite zaprzeczenie mogłoby być cokolwiek nieostrożne, natomiast przewidywania nakazują zarzucić tego rodzaju metafizycznych podróży w imię krytycznego podejścia do rzeczywistego wpływu znaczenia duszy na życie człowieka. Najważniejsza i jedyna zasada ontologiczna (jakkolwiek brzmiałoby to oksymoronicznie – metafizyka i zasady?) „brzytwa Ockhama” powiada, opierając się przede wszystkim na wrodzonej właściwości ludzkiej – rozumie praktycznym: nie twórz bytów ponad potrzebę. Jak jednak nazwać nadawanie duszy autonomicznych właściwości, atrybutów samostanowienia i przede wszystkim woli? Czy nie jest to tak naprawdę tworzenie bytu ponad potrzebę – nadawanie przymiotom (bo dusza jest przymiotem) cech właściwych integralnej całości jaką jest człowiek?
W świetle powyższego naturalistyczne pojmowanie duszy wydaje się być jedynym właściwym, a metafizyczne podróże wydają się zupełnie nieuzasadnione. Jakość zmysłowa ma zatem w tym wypadku większą wartość. Za co ładnie podziękuję własnemu rozumowi. Trzy-czte-ry: DZIĘ-KU-JĘ!
Damian powiedział
listopad 28, 2007 @ 10:54 am
Stylistycznie, to może jednak “więcej światła” (ale nie wybieram się jeszcze na drugą stronę). Znaczy: mógłbyś kilka słów uchodzących za trudne porzucić na rzecz zwyczajnej klarowności, bo to człowiek nie przyzwyczajony i takie zachwianie przez zbytnie nagromadzenie (pojęcie – umiar: skręcamy na Arystotelesa i jesteśmy w domu). Racja, że tylko uchodzą i co za różnica, czy “a posteriori” czy “róża” bądź “pomyślałem” – lecz aż uchodzą. Ale nie, ale pisz jak uważasz i ta uwaga wstępna nie na miejscu raczej, no.
Do meritum. Ładnie mi z tematem koresponduje lektura “Dialogów” Lema obecna. Początek książki: mamy Hylasa i Filonousa. Hylas mówi, że jeśli wszystkie atomy danego rodzaju są tożsame (a są) i wszystko jest tylko strukturą (a jest; oczywiście jesteśmy tutaj materialistami i założenie metafizyczne przyjmujemy, że nic metafizycznego nie ma), to spokojnie możemy być nieśmiertelni, no bo co: my wymieniamy ciągle atomy naszego ciała na inne, ale dzięki temu, że struktura, ich układ się nie zmienia – pozostajemy sobą, więc jeśli hipotetyczna maszyna przyszłości będzie mogła zeskanować obraz naszego ciała atom po atomie (na tym etapie jeszcze pomijamy zasadę nieoznaczoności) i potem z takiej “mapy” odtworzyć nas, to nic tylko się radować, po naszej śmierci my, my właśnie wyskakujemy świeżo zrobieni w takiej maszynie i, ot, nieśmiertelność. Filonous sceptycznie podchodzi do zagadnienia (w ogóle Hylas to ma taki smutny status chłopca do bicia w tej książce), piętrzy trudności, stawia pytania, tworzy potencjalne sytuacje i konkluzja taka, że o żadnej ciągłości mowy być nie może, że to obcy twór dla nas będzie, taki sam, ale nie ten sam. Hylas trochę załamany pyta jakoś tak: “Czyżbyś właśnie udowodnił istnienie duszy?”. Filonous na to, że w żadnym razie, po prostu świadomość jest czymś dużo bardziej skomplikowanym, że to nie jest nic “pozamaterialnego”, ale samą materią to też takie zbyt uproszczenie – i długa, długa droga przed nami, przyjacielu. Następnie Filonous postuluje wytworzenie świadomości, takiej zupełnie ludzkiej, w układzie składającym się z, dajmy na to, kawałków żelaza i różne inne cybernetyczne analizy społeczeństwa, ale kiedy to było napisane i jeszcze nie doszedłem do aneksu dodanego przez Lema dziesięć lat po wydaniu samych “Dialogów”, i przecież w ogóle nie wiem, co ma nauka do powiedzenia dziś, to trzeba być mądrym tu. Ale zdaje się, że nie poszło tak różowo, jak miało. I fajnie, nie? Dusza.
W ogóle dla mnie jakiekolwiek roztrząsanie zagadnienia duszy jest bezcelowe (i się chyba nigdy nie znudzi). Czyli że to ma być coś niematerialnego, raczej wiecznego, co czyni nas istotami ludzkimi, bądź zwyczajnie żywymi. Znaczenie podstawowe, tak?, bo co za różnica, jak ktoś mówi „dusza”, a ma na myśli “świadomość” – o czym wspomniałeś. Mówimy o duszy poza zasięgiem wszelkich mikroskopów i akceleratorów, wszelkie inne przypisywane jej znaczenia to już taka licentia poetica, więc z czym tu można dyskutować. To nie są rzeczy do dyskusji. Na przykład ja – jestem materialistą, więc w żadne metafizyczne tchnienia nie wierzę. Czemu? A bo właśnie na przykład wspomniana brzytwa. Skąd pojęcie duszy? To pytanie do antropologów i psychologów i nikt nie wie na pewno (ciekawa teoria o pewnych właściwościach umysłów ludzkich, aha).
Ogólnie to finalnie jesteśmy w tym samym punkcie.
A – tak sobie wczoraj szedłem i pomyślałem, że jednak zachodzi zasadnicza różnica między Bogiem a niebieskim czajniczkiem na orbicie między Jowiszem i Saturnem, i wnioskowanie, że Boga – prawdopodobieństwem, to mi od początku wydawało się podejrzane. No. I słuchać dobrej muzyki i czytać dobrą literaturę.
eternaldelight powiedział
listopad 28, 2007 @ 3:57 pm
Pięknie dziękuję za komentarz.
Pierwsza rzecz – “więcej światła”? Tak, to zrozumiałe – jakkolwiek wychodzę z założenia, że zbyt wiele światła może oślepiać, a nie stymulować do wysiłku przedzierania się przez półmrok/trzyczwartemrok (no bo do zupełnej ciemności mam nadzieje jeszcze daleko?). Ale tak, to tak, tak.
Druga – Lem. Pięknie powiedziane – dusza/świadomość jako różnica tożsamości. Jako unikatowa właściwość ciała. Fajne. Dobrze rozumiem?
Trzecia – aj tam, nie są do dyskusji – dyskutować można o wszystkim. Metafizyka to śmierdzące bagno, w którym można utonąć, zgubić się, a czasami umrzeć z frustracji – ale nic tak człowieka nie cieszy jak (iluzoryczne bądź co bądź) zgłębianie tajemnic bytu/przedzieranie się przez bagno, nawet jeśli konkluzja nie jest zaskakująca, ani nawet oryginalna.
Czwarta – ja także w żadne metafizyczne tchnienia nie wierzę. Natomiast daleko mi do nazywania siebie radykalnym materialistą. Materializm – ok, ale chyba tylko w naturalistycznej formie: wszystko co istnieje jest naturalne, zależne od praw przyrody; nie istnieją żadne byty nadnaturalne ani żadne substancje duchowe. Mam wrażenie, że z Tobą jest podobnie
Piąta – generalnie jestem skłonny uwierzyć, że tak naprawdę to nie ma nic pewnego oprócz tego, że ja sam istnieję. Takie pospolite cogito ergo sum, a nie na odwrót.
Szósta, szósta, szósta – ad. różnicy czajniczkowo-boskich. Da się zauważyć (no w sumie nie da, ale da się definicyjnie ocenić), że między Bogiem a czajniczkiem zachodzi zasadnicza różnica. Ale jaka różnica w prawdopodobieństwie to nie rozumiem.
Damian powiedział
listopad 30, 2007 @ 8:41 am
Pierwsze – wiadomo, nie idźmy od razu w skrajności.
Drugie – unikatowa, tak.
Trzecie – zupełna zgoda. I taka dygresja: zapytujemy sarkastycznie: metafizyka i zasady? Ale właśnie że jest to takie bagno, trzeba mieć tu żelazne zasady, co najmniej tak żelazne, jak w dyscyplinach naukowych. Wszystko jest w takim rozmyciu i takiej dowolności, że jeśli nie obierzemy stałych i twardych reguł, szybko przepadniemy. Te najróżniejsze dogmaty oczywiście są w najwyższym stopniu arbitralne, ale co tak na prawdę arbitralnym nie jest? Więc metafizyka i zasady, koniecznie (jako bonus dostajemy ludzi, którzy za rysunek Mahometa gotowi są na wiele, tak powiedzmy; oczywiście nie namawiam do bezczeszczenia i że plujcie, na co chcecie, bez skrajności przecież, a wielu ma właśnie taką taktykę, że tę skrajność wyciągają i wtedy atakują zupełnie racjonalne i zdroworozsądkowe poglądy [ha, bo takie są] o braku obiektywnych zasad, i mówią, że jak Boga nie ma – wszystko wolno, teoretycznie rzeczywiście tak, ale w praktyce to tylko ludzie są byt głupi).
Czwarte – yhy.
Piąte – ja równie mocno wierzę, że za chwilę mam historię.
Szóste – nasz naturalny sceptycyzm co do tego, że sobie ten czajniczek lata wynika z tego, iż znajduje się właśnie “tu”, podlega zasadom fizyki, chemii, regule prawdopodobieństwa. Jak miałby się wytworzyć sam z tej międzyplanetarnej przestrzeni (i do tego niebieski kolor!), że też tak na nic nie wpadł i w ogóle. Bóg jest transcendentny i w tym momencie naszego odruchowego niedowierzania w czajniczek nie można mechanicznie na Niego (nich / tych, nieistotne) przenieść.
eternaldelight powiedział
listopad 30, 2007 @ 3:05 pm
Trzecie – co najmniej tak żelazne jak w dyscyplinach naukowych? Ok, pewnie i powinno tak być, ale myślę, że to realnie nie do spełnienia. Bo jak wykrystalizować żelazne reguły z niejednoznacznych, nieobiektywnych definicyj? Chyba brakuje tutaj aksjomatów, prawd niepodważalnych – takich wyjściowych tez wszelkich sądów dedukcyjnych.
Szóste – a co jeśli czajniczek także jest transcendentny (dzięki czemu niepodlega żadnym fizycznym kryteriom oceny bo jest empirycznie niepoznawalny)? Rozważ: sceptycyzm czajniczkowy wynika z tego, że czajniczek znajduje się “tu” i nie ma żadnych przesłanek, które nakazywałyby sądzić, że jest “tam”, sceptycyzm boski natomiast wynika z tego, że Bóg znajduje się “tu/tam”, ale nie ma przesłanek, które nakazywałyby sądzić, że jest “tu/tam/siam” i że w ogóle jest. Jeden i drugi sceptycyzm wydaje się być naturalny.
eternaldelight powiedział
listopad 30, 2007 @ 3:17 pm
Odpowiesz mi pewnie, że w ludzkiej świadomości czajniczek (taki zwykły) nieodłącznie jest pojmowany jako przedmiot fizyczny, podlegający prawom przyrody i właśnie z tego wynika nasz sceptycyzm. Ale równie dobrze, można zapytać czy w ludzkiej świadomości istnieje jakikolwiek byt, który przeciwnie – pojmowany jest jako niepodlegający prawom przyrody? Jest nim Bóg, tak? A czemu nie może nim być – kurka wodna – transcendentny czajniczek?
Damian powiedział
grudzień 3, 2007 @ 10:03 am
Trzy: zupełnie nie rozumiem, czemu realnie nie do spełnienia. Chcesz te zasady osadzać na jakichś właśnie niepodważalnych prawdach, a jako że takich nie ma, to nie ma też na czym osadzać, czyli bagno. Ale nie o to przecież chodzi – wymyślasz sobie po prostu, co ci odpowiada i tego się trzymasz, i już. Właśnie nie ma najmniejszego problemu. Nauki przyrodnicze wymagają zgodności teorii z obserwacjami, tu wystarczy, że twoje wywody będą wewnętrznie logiczne i spójne, a wewnętrznie logiczne i spójne mogą być rozważania o tym, czemu (jakże sławny temat!) ogórek nie śpiewa.
Małe doprecyzowanie: metafizyka ma irytująco wiele znaczeń i długą bardzo historię, z czego się wszystkiego niewiele rozumiem. Jak sięgam do leksykonu PWN (żaden snobizm) poświęconemu filozofii, to czytam: „3) od czasów I. Kanta dziedzina rozważań dotycząca tego, co pozazmysłowe i pozadoświadczalne (Bóg, dusza, istota świata)”. Do tego znaczenia się odnosimy, tak?
A to odnośnie arbitralności, co powiesz?
Sześć – oba „sceptycyzmy” są naturalne, ale, jak mi się wydaje, ten wobec Boga transcendentnego ma inną naturę niż ten wycelowany w nietranscendentny niebieski czajniczek krążący między Jowiszem a Saturnem. Jeśli czajniczek jest transcendentny, to sytuacja się upraszcza, nie ma znaczenia, czy mówimy o takim Bogu czy takim czajniczku, przecież. Po prostu – takie poza jakąkolwiek możliwością poznania. Jesteśmy w punkcie wyjścia, przynajmniej ja jestem, albo – zawsze byłem tu i ani kroku dalej (nieustannie podejrzewam się o to, że mówię czy piszę straszne bzdury, możliwe, że mam jakieś fatalne umysłowe ograniczenia). Co teraz?
eternaldelight powiedział
grudzień 9, 2007 @ 9:21 pm
Trzy – Nauki przyrodnicze opierają się na prawdach wymiernych, dających się sprawdzić. Metafizyka jest obiektywnie (umownie) nie do zmierzenia bo jest dziedziną zajmującą się – tak jak podał Twój słownik – tym co pozazmysłowe i pozadoświadczalne, rzeczywiście więc pozostaje tylko jedna zasada, którą podałeś – wywód ma być wewnętrznie spójny i logiczny. Tak, racja.
Na temat arbitralności – wszystkie dogmaty, wszystkie poglądy muszą być arbitralne same w sobie (jeśli mówisz “metafizyka powinna opierać się na żelaznych regułach” sprzeciwiasz się jednocześnie przeciwnemu twierdzeniu, nawet jak mówisz “mogę nie mieć racji” negujesz twierdzenie jakobyś racje z pewnością miał [lub nie]) – Spinoza zdaje się powiedział, że każde twierdzenie jest negacją, a więc zaprzeczeniem twierdzenia przeciwnego – już chyba samo to świadczy o arbitralności. Żaden pogląd nie znosi sprzeciwu. Albo ja takiego nie znalazłem.
Sześć – wiesz, właśnie zrozumiałem, że masz racje i że przecież tak powinno wynikać z moich poglądów od samego początku. Prawdopodobieństwo w końcu jest funkcją poznania, czyli z definicji o zupełnie niepoznawalnym nie można powiedzieć czy jest prawdopodobne, że istnieje.
EDIT: Hmmm… a coś takiego: stawianie tezy o istnieniu transcendentnego (jakiegokolwiek) Boga jest równie nieuzasadnione (brak przesłanek) jak stawianie tezy o istnieniu niebieskiego czajniczka w jakiejś tam przestrzeni kosmicznej – z racji tego jest wielce nieprawdopodobnym by Bóg istniał. Czyli nieprawdopodobieństwo nie wynika z cech bytu tylko z przesłanek (a raczej ich braku) każących przypuszczać, że ów byt istnieje.
EDIT2: Zawsze to chciałem napisać bez ironii: Ty to masz łeb.
Damian powiedział
grudzień 13, 2007 @ 7:35 am
Dygresja około-społeczna w temacie arbitralności: To, że coś jest relatywne (a więc u podstaw arbitralne) nie znaczy, że nie może być powszechne i obowiązujące, i ze zrozumieniem tego są potężne kłopoty, co powoduje moje częste wychodzenie z siebie i stawanie obok. Wszystkie różne głosy, że bez powołania się na odwieczne wartości (tu: chrześcijańskie) czeka nas zapaść, kryzys, cywilizacja śmierci i jedno wielkie pomieszanie (jak to szło? Jeśli Bóg na pierwszym miejscu, to wszystko na swoim miejscu, ahoj). Ale drobny szczegół: zasady (jakiekolwiek) są uniwersalne i od człowieka niezależne tylko dlatego, że za takie się je uważa. Na przykład: istota ludzka nie ma z „obiektywnego”, „ogólnego” (nazwijmy to perspektywą kosmicznej mgławicy) punktu widzenia żadnych niezbywalnych wartości: to tylko zbiór atomów i ich krążenie. My wymyślamy wartości (coś jest „dobrem”) i oczywiście bronimy z całego serca takich rzeczy, jak „równość”, „wolność” itp., uznajemy je za powszechne, obowiązujące i niezbywalne, ale dlatego, że za takie je uznajemy (gdyż…), a nie dlatego, że od wieczności krążą między jedną nieskończonością a drugą (nie należy oddzielać substratu od jego atrybutów, coś w tym stylu, przeczytałem taką wypowiedź w wywiadzie, hmm, to był Lem) . Wszystko jest relatywne, ale nie wiem, czemu miałyby z tego wynikać jakieś problemy (żeby tylko tyle!). No. Bo kiedy oglądam jakieś dyskusje w telewizji, to mnie aż czasem krew zalewa i lubię sobie takie banały (banały wielkiej banalności, przyznasz) tłumaczyć. Jest to mój pogląd i mam do niego osobisty stosunek i udowodnić go niepodobna (ale jest zdroworozsądkowy).
Sześć: tyle że widzisz. Przed słowem „EDIT” napisałeś coś, co można ująć inaczej: gdy stajemy wobec transcendencji, stwierdzenie „brak jakichkolwiek przesłanek” staje się niezależne logicznie od stwierdzenia „właściwie nieprawdopodobne”. I mnie to przekonuje. Ale w praktyce zachowujemy się tak samo: mijamy taką transcendencję i nie oglądając się idziemy dalej.
EDIT 2: Jako że to jest do mnie bez ironii personalnie? Dziękuję bardzo.
Jeszcze takie pytanie: napisałeś: „Natomiast daleko mi do nazywania siebie radykalnym materialistą. Materializm – ok, ale chyba tylko w naturalistycznej formie”… Więc pytam, jaki jest ten radykalny materializm. Poza takim XIX-wiecznym materializmem mechanistycznym, to nic mi do głowy innego nie przyszło, a tenże odrzuciłem od razu, bo to przecież trochę tak, jakby roztrząsać znów system Ptolomeusza.
Damian powiedział
grudzień 13, 2007 @ 7:38 am
Oczywiście: Ptolemeusza.
cutebellatrix powiedział
luty 21, 2008 @ 2:03 am
Sześć. Co do Boga… Pominę milczeniem. A co do czajniczka: pojawienie się (czyli przelot, po prostu znalezienie się w danej chwili, a nie stworzenie znikąd) niebieskiego, jak najbardziej materialnego czajniczka jest możliwe. Jak najbardziej. Jednak prawdopodobieństwo pojawienia się jest bardzo małe. Prawie równe zeru, ale jednak. Skoro więc istnieje JAKIEKOLWIEK prawdopodobieństwo, to nie możemy wykluczyć, ze ten czajniczek może się tam pojawić między Saturnem a Jowiszem.
eternaldelight powiedział
marzec 9, 2008 @ 8:43 pm
Krótko odpisuję wreszcie po miesiącach paru:
Ad. Twojej błyskotliwej dygresji – przyznaj jednak, że traktowanie pewnych relatywizmów (na przykład owego “dobra”, “wolności”, “równości”) jak prawd obiektywnych ma swoją społeczną wartość. Bo w gruncie rzeczy nie chodzi przecież o to czy jakaś wartość jest wieczna i obiektywnie prawdziwa czy nie – tylko o to czy ogół uznaje ją za uniwersalną. Great, powtarzam za Tobą.
Dalej: a czy to nie jest trochę tak, że poczucie względności jakiegoś twierdzenia w przekonaniu wielu odbiera mu powagi i znaczenia, a przez to i osłabia jego hmm… siłę oddziaływania?
Sześć – ale w końcu nie wiem czy wnioskowanie z braku przesłanek jest prawidłowe czy nie. What say you?
Cutebellatrix – Znam Cię, nie zrozumiałaś.
cutebellatrix powiedział
kwiecień 1, 2008 @ 11:02 am
A może załóżmy nieco inaczej? Mianowicie, wszystkie te wartości są inne dla różnych kultur, są relatywne, a jeśli uniwersalne, to tylko dla danego kręgu, społeczności. Ulegają zmianom razem ze społeczeństwem. I służą jednemu celowi – przeżyciu. Niezależnie od tego, czy mają charakter pokojowy czy nie, mają “za zadanie” utrzymać daną społeczność przy życiu.
>Damian
Jak by na to nie patrzeć, wartości chrześcijańskie (równość, pomoc słabszym, etc.) są przydatne i bez nich wiele by się nie stało. Ale czym innym jest powoływanie się, a czym innym – realizowanie ich.
“za takie je uznajemy (gdyż…)” gdyż ich realizowanie gwarantuje, że ludzie się nie powybijają ;]
>Eternaldelight
Znasz mnie? Odważne słowa. (Uznajmy, że nie było mojego poprzedniego posta)
Pozdrawiam!