W duszy krytycznej
Co to jest dusza? Czy dusza jest autonomiczną dewizą czynu? Czy jest właściwą manifestacją bytu? A może dusza to inkarnacja samej woli? Skondensowane prawidło – coś jak metafizyczny wyraz chcenia, pragnienia i pożądania – niezależny jednak zupełnie od tęsknot cielesności. Dusza jest niematerialną dyspozycją, niematerialną – a zatem niedostępną władzom empirii. Jakże, przeto można wnosić by poznanie duszy, by argumentowanie o jej realności wyprowadzać z samego doświadczenia? Skąd tedy pojęcie duszy w umyśle człowieka, jeśli nie z sądów aposteriorycznych? Naturalizm powiada, że dusza jest ogółem psychicznych właściwości – definicja ta jednak jest sprzeczna z omawianym pojęciem, bo przedstawia duszę jako podległą właściwość ciała, co bezsprzecznie jest sądem opartym na doświadczeniu – pytam natomiast: gdzie narodziło się metafizyczne pojęcie duszy jako niematerialnej esencji bytu, jako inkarnacji woli? Czyż zatem nie powinno się przyjąć, że pojęcie duszy jest integralnym elementem wiedzy natywistycznej, wiedzy przyrodzonej? A może owo pojęcie jest rezultatem wnioskowania dyskursywnego – czysto rozumowego, opartego wyłącznie na właściwościach wrodzonych?
Szczerze – po co przypisywać jakikolwiek sens duszy ludzkiej? Racjonalny pragmatyzm nakazuje by odrzucić wszelkie ontologiczne zawiłości i scholastyczne subtelności, które w istocie nie powinny być przedmiotem rozważań, jeśli nie prowadzi to do żadnych doniosłych nauk. Czy badanie ontologicznej struktury pojęcia duszy ma jakiekolwiek realne skutki? Całkowite zaprzeczenie mogłoby być cokolwiek nieostrożne, natomiast przewidywania nakazują zarzucić tego rodzaju metafizycznych podróży w imię krytycznego podejścia do rzeczywistego wpływu znaczenia duszy na życie człowieka. Najważniejsza i jedyna zasada ontologiczna (jakkolwiek brzmiałoby to oksymoronicznie – metafizyka i zasady?) „brzytwa Ockhama” powiada, opierając się przede wszystkim na wrodzonej właściwości ludzkiej – rozumie praktycznym: nie twórz bytów ponad potrzebę. Jak jednak nazwać nadawanie duszy autonomicznych właściwości, atrybutów samostanowienia i przede wszystkim woli? Czy nie jest to tak naprawdę tworzenie bytu ponad potrzebę – nadawanie przymiotom (bo dusza jest przymiotem) cech właściwych integralnej całości jaką jest człowiek?
W świetle powyższego naturalistyczne pojmowanie duszy wydaje się być jedynym właściwym, a metafizyczne podróże wydają się zupełnie nieuzasadnione. Jakość zmysłowa ma zatem w tym wypadku większą wartość. Za co ładnie podziękuję własnemu rozumowi. Trzy-czte-ry: DZIĘ-KU-JĘ!
Mekka starań cz. 3
Mekki starań ciąg dalszy. Wypadałoby jednak wreszcie zastanowić się nad tym, gdzie jest ów cel mojej refleksyjnej peregrynacji (ach, jak to dobrze dać w słowie pisanym upust swojej żądzy wypowiadania trudnych słów). No właśnie, jak to jest z tą celowością? Czy to właśnie ona determinuje formę wędrówki czy też na odwrót – wędrówka jest wyrazem celowości? Wędrówka, a zatem wnikliwa refleksja, podróż przez chaotyczne odmęty umysłu jest immanentna naturze ludzkiej i jest gniazdem, w którym wykluwają się wszelkie akty woli, zatem wędrówka to środek i jednocześnie cel sam w sobie. Jako środek i czynnik sprawczy jest procesem podejmowania decyzji, w których zasadniczym kryterium jest jakość efektów, tedy wydaje się oczywistym, że im głębsza analiza/refleksja/namysł tym bardziej zadowalający skutek. Co prawda w teorii wygląda to nazbyt prosto i łatwo – bo po prostu nie rozpatrujemy istotnych (czasami wręcz niezbędnych do podjęcia decyzji) przymiotów podmiotu z racji zupełnego braku związku z tematem. Najważniejszy wniosek: podejmowanie refleksji jest głównym narzędziem rozstrzygania, a co za tym idzie: jest nieodzownym środkiem do celu (jakim niewątpliwie jest „przynosząca zamierzone efekty decyzja”). Czy jednak w tym wypadku można mówić o zadumie jako dążeniu do konkretnego celu? Czy raczej nie jest to coś na kształt myślenia dla samego myślenia? Gdyby ktokolwiek spytał mnie czy lubię myśleć niewątpliwie otrzymałby odpowiedź twierdzącą, choć zdaje się, że i ja posiadam naturalną zdolność unikania pewnych kwestii (czy nie powinienem się właśnie uczyć?) – to bardzo pospolite, że w odpowiedzi na bardzo ogólnikowe pytanie nie potrafimy wyzwolić się z okowów konkretów i na odwrót – pytanie o konkrety zwykle owocuje ogólnikową odpowiedzią. Ja także mówiąc, że lubię się zastanawiać mam na myśli nie tyle to, że sam proces myślenia sprawia mi pewną przyjemność, ale to, że proces myślenia O PEWNYCH kwestiach rodzi niewątpliwą satysfakcje. Już samo to wystarczy żeby zajmować się tym jakże ambitnym i kreatywnym zajęciem. Wobec tego trzeba przyznać, że w moim przypadku owa refleksja jest celem samym w sobie, jest zjawiskiem niezależnym i niepodległym wobec oczekiwań – błąd, owa wędrówka sama jest oczekiwaniem, zamiarem i jednocześnie sposobem osiągnięcia tego zamierzenia. Przeto tytuł tych kilku wywodów wydaje się być już zupełnie klarowny. Wcześniej wyjaśniając znaczenie tych dwóch słów: „Mekka starań” powiedziałem, że ten tekst jest celem moich dążeń, co tylko pośrednio wydaje się prawdą. Ten tekst to tak naprawdę tylko dokumentacja kilku uchwyconych myśli, a zatem namacalnych efektów mojego celu. Warto byłoby zapytać, czy jednak właśnie te myśli, owoce starania nie są prawidłowym, przyświecającym mi celem. Odpowiedź brzmi: nie. Boć przecież powinnością każdej istoty ludzkiej nie jest gloryfikacja efektów, bo wydaje się to niesprawiedliwością, nie wspominając o powstającym pytaniu – czy stawianie efektu starań ponad trudem starań jest właściwie? – powinnością człowieka jest przede wszystkim swoista pochwała dążności, wobec tego: wartościowanie intencji, a nie skutków dążeń.
Z otchłani umysłu… wieczny zachwyt.
Gnomy cz. 1
To co nas poprzedza i to co nas określa jest głębokim pluralizmem ludzkiej natury.
***
Na czym polega mistycyzm racjonalizmu? Na możliwości bezpośredniego połączenia ogółu ludzkich dyspozycji psychicznych, a zatem duszy z Absolutem, czyli rozumem.
***
Dlaczego właśnie w obowiązku, a nie w przyjemności człowiek upatruje ścieżkę swojego żywota? Bo satysfakcja jest silniejsza od radości.
***
Agnostycyzm tchórzostwem? W praktyce tak, w poznaniu dyskursywnym nie.
***
„Dlaczego nie chodzisz do kościoła?” pyta matka. „Bo ja jestem wolny, mamo.” powiada dziecko.
***
Szaleństwo/obłęd – najwyższy stopień wtajemniczenia w boski plan.
***
Chrześcijanizm największym sofizmatem dziejów.
***
Życie sztuką egzegezy.
***
Człowiek – id, ego i superego. Jakie to proste, prawda?
Kwestyj kilka cz. 2
Co by było gdyby nie aksjomaty? Czy wiedzielibyśmy z całą pewnością, że to co nas otacza jest rzeczywiste? Ucieczka w niepewność może być usprawiedliwieniem dla ułomnych (bo jeśli coś nie jest z całą pewnością rzeczywiste to jak mogę rozpatrywać resztę atrybutów podmiotu), ale i efektem, kulminacją mozołów. To solipsyzm. Dlatego ani rzeczywistość, ani nierzeczywistość podmiotu nie może być wymówką. Jedyne czego możesz być pewien to tego, że istniejesz. Ja tego pewien nie jestem.
***
Kartezjusz pisze: „Nie uznawaj niczego za prawdę bez oczywistych powodów”. A ja powiadam: „Nie uznawaj niczego i Boga za prawdę bez oczywistych powodów”.
***
Jak to jest z pojęciami? Czy desygnaty pojęć ogólnych, czy uniwersalia istnieją? Czy kiedy mówię „tłum” to tłum jest realny, czy tłum to w istocie grupa jednostek nazwana w ten sposób dla ułatwienia komunikacji językowej. Trywialnie: wystarczy spojrzeć na społeczeństwo. Czy ono przypadkiem nie ma jednego mózgu?
Mekka starań cz. 2
Już prawie północ. Zmęczenie powoli wydziera większość mojego potencjału, choć zdaje się, że wytrzymam sam ze sobą jeszcze parę godzin – zanim pójdę spać i zanurzę się głęboko w niezrozumiały ciąg marzeń sennych. Jest noc, kojący mrok za oknem pochłania krajobraz wysysając z niego połowę odmienności – kolor. Zasłaniam żaluzję w pokoju, zapalam lampkę – owa prosta z pozoru czynność to w rzeczywistości jednak skomplikowany ciąg działań – popsuł się przełącznik. Myślę sobie z ironią jakie to wszystko jest małostkowe.
Próba wejścia w trans poznawczy – jak zwykłem nazywać ten fascynujący stan ducha, kiedy to człowiek zagłębia się w refleksji izolując się od świata rzeczywistego – nie nadchodzi, co jest źródłem mojej głębokiej frustracji. Wygląda na to, że wnikliwa analiza mechanizmów wszechświata (a zatem stan tzw. bezzasadnegoanalizowaniamechanizówwszechświata) odszedł w zapomnienie, bez skrupułów pozostawiając mnie samego. To niesprawiedliwe, że muszę zmagać się z cholernymi dysonansami pragnień i możliwości. Co więcej – to głupie, że taka myśl w ogóle powstała w mojej najwyraźniej pustej czaszce. Przecież to takie oczywiste (jak ja nienawidzę tego słowa): gdyby pragnienia odpowiadały możliwościom, gdyby „chcieć” znaczyło „móc” albo co gorsza „uczynić” to prawdopodobnie w ciągu tych kilku lat, które aktualnie posiadam zakończyłbym żywota wiele, wiele razy. A to, że śmiałem przelać tą myśl na klawiaturę – jak się dłużej zastanowić – też jest niedorzeczne.
Mekka starań – co to ma znaczyć? To banalnie proste. Mekka, czyli cel, obiekt dążeń, zamiar etc etc. Ten tekst jest Mekką moich starań. Jest celem i wyrazem moich myśli. Niewyszukane: zbieram żniwo szarych komórek żeby się nie zmarnowało. Bądź co bądź byłbym jeszcze większym faryzeuszem gdybym zaprzeczył w jakikolwiek sposób temu, że wszystko co tutaj piszę w rzeczywistości jest bez znaczenia. Nie, to nieprawda, choć skromność nakazywałaby przyznanie się do słabości i ułomności tegoż żniwa. W istocie to myślę, z pewną satysfakcją nawet, że przynajmniej część tego społeczeństwa nie miałaby pojęcia co ja tutaj piszę. Czemu z satysfakcją? Bo lubię być niezrozumiały – to dla mnie dowód na to, że nigdzie nie przynależę, że mój indywidualizm jest niezagrożony i nadal zupełnie autonomiczny (tzn. że nadal jest indywidualizmem a nie jedynie ułudą). To także duma, jestem dumny z bycia indywidualistą, bo to dla mnie dowód na to, że jestem budulcem, a być może nawet twórcą – nawet jeśli w destrukcyjny sposób. W końcu to nie grupy i społeczności tworzą cokolwiek – jedynie jednostki tworzą, czyż jest do pomyślenia żeby jakaś idea wywodziła się ze społeczności, a nie z konkretnego umysłu? Jednostka jest najważniejszym budulcem, cegłą współczesnego świata, jednostka wybitna zaś jest murarzem, konstruktorem. Mekką moich indywidualnych starań jest zostanie konstruktorem, jednostką wybitną, idealistycznym demiurgiem, pośmiertną siłą twórczą. Chce osiągnąć coś co zaspokoi wszelkie pragnienia i przemieni frustracje w ukojenie. Coś czego istotą będzie satysfakcjonująca refleksja a wyrazem sycące słowo. Ambicja źródłem twórczego pędu. I destrukcji.
[…]
Kwestyj kilka cz. 1
Zastanawiałeś się kiedyś, co niszczy subiektywne wyobrażenia i możliwie cenne idee w zarodku? Co toczy chorobą serca i umysły współczesnego świata pozbawiając ich całkowicie tak drogiej indywidualności i samodzielności myślenia? Dlaczego miast zerwać łańcuchy popkultury, ciągniemy wraz z nimi wprost ku zagładzie tożsamości jednostek? Myślałeś, co może być przyczyną? Nie?
Minimalizm, biedroneczko, minimalizm.
***
Myślałby kto, że przyznając się do porażki rozumu jestem tchórzem i słabeuszem, że jeśli nie potrafię odpowiedzieć twierdząco lub nie na pytanie o realność bytu Boga to znak nie o ułomności ludzkiego rozumu, a jedynie mojego, że jeśli nie jestem w stanie określić wrodzonej natury ludzkiej ani tego czy świat jest rzeczywiście deterministyczny czy też jednak nie, to jestem głupcem. Cóż, zatem zwij mnie tak, jeśli w istocie nie inaczej Ci się wydaje. Zważ jednak na to, że świadoma głupota jest wartościowsza od nieświadomej arogancji.
***
Im dłużej myślę, tym mniej wiem. Cóż, doprawdy niejasna to prawidłowość by dziecko rozumu miast z wiekiem dojrzewać miało z niepewnych przyczyn cofać się w rozwoju. Człowiek, istota rozumna, istota, której poznanie gra kluczową rolę w cyklu jej rozwoju nie jest w stanie poznać rzeczywistych odpowiedzi na dręczące ją pytania. Dlaczego? Bo ułomność rozumu, polega na tym, że im nasze władze poznawcze są pełniej doświadczane tym świadomość o jeszcze nieznanych nam zjawiskach jest większa, aż do czasu, gdy wola kognitywna i ciekawość świata ulega zanikowi przez zwykłą, spowodowaną niemożnością poznania odpowiedzi, frustracje. To ona jest winowajcą i to ona doprowadza nas do jednego, fundamentalnego dla życia jednostki przekonania – przekonania o ułomności własnego rozumu.
Ciąg myślowy
Zegarek – 23:15. Zamrugał wyostrzając obraz swoich – wątpliwej jakości – oczu. Dwadzieścia sześć, siedem, osiem sekund. Nieomal niezrozumiałe. Nie, dosadniej, w ogóle niezrozumiałe. Sfrustrowane mrugnięcie raz jeszcze. Czyżby jakiś zabłąkany paproszek w nieskończonej przestrzeni musiał właśnie znaleźć drogę właśnie do tego oka?! Udaje, że czuje pełen komfort. Obraz się zamazuje by po chwili wyostrzyć się ponownie. Matko, toż to prawie północ – bez kontekstu ni związku. Tymczasem paproszek z determinacją nie zaprzestaje swoich obrzydliwie złośliwych działań. Wola pokonana, oko daje za wygraną, facet z poczuciem nieopisanej porażki (a jednocześnie głębokiej nadziei) podnosi rękę do twarzy (eksponując pająkom grasującym na ścianie swoje obgryzione paznokcie). Gorliwe tarcie dłonią oka pozostawia paproszek bez najmniejszych szans. Nagła myśl trafia go niemal zupełnie pozbawiając przytomności. Wzrok na ułamek sekundy mętnieje, a ów młodzian tonie w niezliczonych tysiącach procesów myślowych – ot, jakby wrzucił do jeziora (Morskiego Oka na ten przykład) sztuczną szczękę (syntetyczną). O ile jednak szczęka nie wykazuje chęci by wrócić na powierzchnię Morskiego Oka (i perfidnie [dla nurków oczyszczających zbiornik] osiada na samym dnie), o tyle świadomość młodziana niemal natychmiast wraca do rzeczywistości, najwyraźniej mocno wyczerpana. Może pragnie zaczerpnąć tchu przed następnym nurkowaniem w oceanie abstrakcji? Tak czy inaczej błyskotliwa refleksja jaśnieje w chwale, młodzian czuje się ponownie częścią świata realnego, zapominając przy tym o zdradliwości paproszków. A pokłosie szczwanego umysłu młodziana przebrzmiewa w przestrzeni myślowej: “Kurde, leci Iron Maiden.” Młodzian słucha (albo udaje) przez króciutką chwilę póki jego uwagi nie przykuwa inny, pełen niezgłębionego żalu dźwięk. Oto za oknem miauczą i popiskują DWA koty. O ile jednak inteligentne spojrzenie nie jest w stanie pokonać ciemności pozaokiennej, o tyle tony ajronów nie napotykając najmniejszego oporu spokojnie i niemal niepostrzeżenie pokonują tą niewielką przestrzeń z jednego otworu usznego do drugiego. O matko, prawie dwunasta – bez związku ni kontekstu. Wyraźnie oczekuje na coś, na coś ważnego. Zdaje się przygotowywać kolejną, równie wyśmienitą myśl. Zegarek – 23:22. Jeden z dziesięciu paznokci, które posiada w (relatywnie) górnych partiach ciała przyciąga jego wzrok niczym pogrzeb starsze panie. Paznokieć jest… intrygujący. To mikrokosmos, dom całych społeczności bakterii. Marszczy powoli brwi jak gdyby ciężka i uciążliwa rzecz w ogromnym mozole wtłaczana była gdzieś między bure komórki faceta. Na jego twarzy maluje się teraz monumentalne skupienie. Tymczasem ajroni kończą swoją popisówę i zapada (prawie) głucha cisza (nie licząc DWÓCH miauczących kotów, brzęczącej w sieci jednego z pająków muchy oraz nierównego bicia organów młodziana). Skupienie przeobraża się. Bez pośpiechu i z pewnym szacunkiem dla konstruktywności i potęgi siły twórczej czasu. Proces zmian trwa i trwa, mija 23:23 i szesnaście, siedemnaście, osiemnaście sekund. Młodzian unosi wzrok na monitor ojca swej ekspresji, w jego oczach odbija się tryumf tak jakby patrzył w oczy swego największego rywala po tym jak okazał się mieć racje. Otwiera i niemal natychmiast zamyka usta, nareszcie wygłaszając swą opinię. W ciszy pokoju przebrzmiewa jedno słowo. “Pitolenie.” Koty milkną.
Mekka starań cz. 1
Jest sobotni wieczór. Lepkie nocne powietrze wpada do mojego dusznego pokoju ziębiąc moją prawą rękę. Rozcieram ją raz po raz łudząc się, że przestanie być zimna. Jakby się głębiej zastanowić wystarczyłoby po prostu zamknąć to cholerne okno. Moja ręką (a co za tym idzie ja sam) nie cierpiałaby wtedy ni trochę – nie miałbym za to nad czym się rozwodzić, a raczej miałbym, ale prawdopodobnie nie byłoby to na tyle absorbujące, wwiercające się i frapujące. Nie wspominając o silnej deprymacji, którą chwilowo (albo i nie chwilowo) odczuwam. Palce mi sztywnieją, chyba nadeszła ta chwila – czas zamknąć okno i dalej dusić się w tym chorobliwym miejscu.
A właśnie, chorobliwa duchota. Kiedy wychodzę z własnego pokoju po dłuższym czasie nicnierobienia lub nierobienianiczegokonstruktywnego tudzież bezzasadnegoanalizowaniamechanizmówwszechświata – kiedy wychodzę z pokoju i po chwili do niego wracam czuję w nim coś… obrzydliwie ociężałego. Coś jakby skondensowaną, zmaterializowaną apatię. Czy to nie dziwne? Czuć wtedy całą, wszechogarniającą nudę, jaką w swej szarości, w całym swym rozcieńczeniu i immanentnym wyobcowaniu potrafię z siebie wydestylować. Wtedy wystarczy pociągnąć nosem by powrócić do otępiającego stanu beznadziei i patologicznej pseudo-demencji. Co ciekawe – kiedy tak spędzam godziny w tym ciasnym pokoiku zagłębiając się w tym co nierealne, zagłębiając się we własnych rojeniach – wtedy to zupełnie nie odczuwam wiszącej tutaj atmosfery duszności i nienaturalności, prawdę powiedziawszy jestem w stanie stwierdzić, że tylko w tym miejscu moje myśli osiągają pułap chimery, na którym to zresztą pozbywam się rzeczywistych trosk (jakich znowu trosk Ty pasożytniczy faryzeuszu?). Traktuję ten pokój jako własne odzwierciedlenie, jako moje odbicie – nie przepadam za nim (mówiąc ostrożnie), a jednocześnie nie mogę na nie nie spojrzeć, gdy przechadzam się obok lustra. Wpaść w gnuśny, letargiczny trans naprawdę nietrudno. Zdaje się nawet, że w tej chwili w takowy wpadłem. Uwielbiam to, tylko wtedy jestem w stanie drążyć ontologiczne tajemnice rzeczywistości. To głęboki paradoks, że właśnie w udzielnej abstrakcji potrafię dążyć do meritum bytowania, do mekki starań, do zarzewia prawdy. To wszystko brzmi obrzydliwie patetycznie i zupełnie zniechęcająco. Ale czy i to nie jest paradoksem? Gdy dążność do prawd wydaje się nazbyt patetyczna, czy wtedy przypadkiem nie jest łatwiej zwrócić się w stronę gotowych, schematycznych półprawd? Nie, to nie paradoks tylko lenistwo. To jak z jedzeniem: łatwiej kupić gotowe, ale niezdrowe w McDonaldzie niż zrobić coś do jedzenia samemu (szczególnie, jeśli wymaga to jakiegoś wysiłku). Osiągnięcie pułapu myśli w przypadku człowieka jest wręcz niespotykane, dlatego też cenię monotonię. Bo nuda i splin służą rozwojowi i intensyfikacji przyszłych działań i pokłosia myśli. Stymulują umysł do walki i zmysły do działania.
Pociągam nosem, bo przed chwilą wyszedłem na moment z pokoju. To samo: demencja zamknięta w czterech ścianach. Intensywność tego wrażenia jest oczywista (oczywista oczywistość <rzyga>) i rozpoznawalna jedynie dla mnie, co raczej nie powinno dziwić. Zastanawiam się jednak czy jestem w stanie zostawić po sobie ślad inny niż ta czarna chandra. Nie uważam siebie za pesymistę, choć optymizm kojarzy mi się z naiwności i nieszczególną umiejętnością przeczenia. Pocieszanie siebie samego, zaprzeczanie i świadome wykluczanie ewidentnych możliwości jest przewidywalne. W gruncie rzeczy tak optymista jak i pesymista są równie przewidywalni i rażąco, bezpodstawnie pewni swojego. To siła rojeń i marzeń (tudzież koszmarów) – potencjał ludzkiego ducha, głęboko uzależnionego od jakości podniet. Bo to w końcu tylko one wraz z nabytymi skłonnościami aktywizują i determinują ludzkie przepowiednie (to taka subiektywna, zależna ekstrapolacja), a co za tym idzie oczekiwania.
[...]